Prezentujemy nagrodzone i wyróżnione prace konkursowe VIII edycji konkursu literackiego SREBRO NIE ZŁOTO 2022.

Dziękujemy wszystkim uczestnikom konkursów Srebro nie złoto i konkursu im. Jana Leończuka oraz gościom gali 6.10.2022.
Gratulujemy laureatom i zapraszamy do następnych edycji konkursów. Oba konkursy oraz wydanie tomiku z utworami laureatów VII edycji sfinansowano z budżetu Województwo Podlaskie

Kategoria poezja

Miejsce I

Halinka Bohuta-Stąpel z Wilkanowak/Zielonej Góry za wiersz Ucieczka z raju

Ucieczka z raju

ciemnooka eva uchodzi z ukraińskiego raju z walizką pełną marzeń
i z synem adamowym
pętlą ramion uwieszonym na jej smukłej szyi

a i adamowi, choć już są po rozwodzie
wynalazła azyl na bezpiecznej polskiej budowie

główny grzech ukraińskiej evy to łakomstwo
łakomstwo na taki świat
gdzie dostatek wynika z pracy

eva, wzorem wszystkich ew tego świata, jest zalotna
obserwuje przez okno pracowni
barwną mozaikę średniaków

eva grzeszy beztroską uśmiechu
choć jej jutro nie sięga pojutrza

eva, jak jaskółka przelotna, przycupnęła na polskiej ziemi
i skubie palcami codzienność
a wieczorami
czytuje ukraińskie wiersze przez internet
i syci się normalnością, która dla niej ma smak łakoci
i zazdrości trochę synowi
że zagubił wśród polskiej młodzieży
swój miękki, wschodni akcent

ciemnowłosa eva uciekła z ukraińskiego raju
przed widmem przesyłki z Donbasu
plastikowym workiem
z ciałem jej syna

Miejsce II

Marek Górynowicz z Kleosina

za wiersze Stacja Strabla i Noc muzeów

stacja Strabla

w szybie
odjeżdżającego pociągu
pusty dworzec
bursztynowe liście
niemy odruch owadów
i pet nie ostatni

malarze siedzą za rzeką
nadnarwiański fotograf
cztery zdjęcia dalej

na sztalugach
plamki zwierząt
senne łąki
i wioski pędzlem przemierzone

na drodze wędrujących słów
poeta…
 

noc muzeów

ubraliśmy się w pomniki
w rozmiarze kolumny Zygmunta
w muzeum śpi malarz
między gwiazdami
zmęczone niebo

noc wydaje się dzieckiem
zapłakana niewinna
deszczem tuli się do snu
z kołyski odjeżdża ostatni tramwaj
grzechocze

siedzimy na skraju twojej dłoni
żołnierze maszerują obok
martwa natura otwiera niebieskie oczy
ulica żółte milczące usta

Miejsce III

Marcin Górynowicz z Białegostoku za wiersz 36 i 7

 

 

36 i 7

Znowu chory
Na zdrowy rozsądek
Czytam szklane recepty
Na świecącym ekranie
Gaszę nadzieję

W rozpalonych źrenicach
Gorączkowo szukam
Choć jednej zdrowej kliszy
Ale soczewka
Odbija mi tylko palmę

Trzy wyróżnienia w kategorii poezja

 

Wyróżnienie

Krystyna Gudel z Suchowoli za wiersz W Augustowskim parku

 

W augustowskim parku

 Jedyne, co jest gorsze od rozczarowania w oczach
własnego dziecka, to świadomość,
że jest się przyczyną tego rozczarowania.
(O. Rudnicka)

siedmioletnia może dziewczynka
z małym plecakiem bawi się
u stóp kolumny króla Zygmunta

pluje na każdą z czterech kul
na pobliskim obelisku
rozciera ślinę ruchem rozgrzebującym
jakby odprawiała rytuał
wchodzi na podest obiega cokół
wyrażając swoje emocje
w półsłówkach i wykrzyknieniach

na widok znajomego schodzi na ziemię
zdąży jeszcze wyrwać z donicy
białe surfinie zanim mężczyzna
przypnie jej smycz do plecaka

Wyróżnienie

 Bożena Staszek z Wizny za wiersz Przemijanie

 

 

Przemijanie

Na trakcie życia
tracę ostrość

miłość stopiła się
w letnim skwarze

marzenia zamroczył
dym płonącego serca

szyderczy wiatr
zagłuszył radosną melodię

tylko dziecięce echo
pielęgnuje wspomnienia

spękane stopy zacierają ślady
przebytych dróg

ostre kamienie milczą
one są niezniszczalne

Wyróżnienie

Apoloniusz Ciołkiewicz z Białegostoku za wiersz Hagiografia współczesna

 

 

Hagiografia współczesna

Zgrzeszył Święty, więc szefowie Nieba
oświadczyli, że go tu nie trzeba.
Deportacja konieczna na ziemię!

Spadł, boleśnie uderzył się w ciemię,
a gdy szedł przez te ziemskie pola,
z głowy spadła mu aureola.

Podniósł więc ją z ziemi co żywo
i na głowę wsunął, lecz krzywo.
Wciąż poprawiał od lewej do prawej,
w końcu rzucił ją w gęstą trawę.

Taka strata troszeczkę boli,
lecz żyć da się bez aureoli.
Brak mu nimbu, lecz z tej przyczyny
zaczął garnki wytwarzać z gliny…

Kategoria proza

Miejsce I

Tadeusz Charmuszko z Suwałk za prozę Mrówki

 

 


MRÓWKI

Liczącą zaledwie kilka kominów wieś otaczała ogromna puszcza, a skraj puszczy był najeżony licznymi kopcami mrowisk, niby fortyfikacjami obronnymi. Mrówki były wszędzie. Większość mieszkańców miała zaledwie dwa kroki do lasu, że sosny dosłownie rzucały cień na ich podwórko, toteż po podwórku obowiązkowo wędrowały niekończące się karawany mrówek. Trudno było zrobić krok, żeby którejś niechcący nie potrącić. Skromne, drewniane domki, podobnie małe chlewiki i stodoły, wszystko ładnie pokryte gontem, jak na leśną osadę przystało. Miejscowość rozlokowała się nad niewielką strugą. Gospodarstwa były małe, żeby nie powiedzieć – miniaturowe. Z piaszczystych pól niewiele dało się uzyskać. Wszyscy zatem żyli z lasu, który nie szczędził wszakże obfitych darów. Poziomki o nieziemskim zapachu, maliny, jeżyny, jagody, grzyby, zioła. Ludzie pracowali podobnie jak wspomniane mrówki. Opał na ogrzanie mieszkań także pochodził z lasu. Trochę dorabiali przy sadzeniu lasu, trochę przy wyrębie. Żyli dosyć skromnie, jednak nikt nie narzekał. Czas we wsi płynął leniwie, podobnie jak woda w rzeczce.

Dopiero kontraktacja tytoniu postawiła ludzi na nogi.

Wszyscy rzucili się do jego uprawy. Jedynie Antoni Dzięcioł nie miał przekonania do „zielonej trucizny”, jak nazywał tytoń. Przez dwa lata uprawiał to paskudztwo, ale czuł takie obrzydzenie, że dłużej nie szło wytrzymać. Rzucił w diabły śmierdzący interes. Teraz całymi dniami błąkał się po lesie, częściej dla przyjemności, niż w konkretnym celu, a może dlatego, że żonka nie dawała mu spokoju i suszyła głowę lepiej od suszarki do włosów, że też język kołkiem jej nie stanął.

– Sąsiedzi jeżdżą samochodami, a ty, co? – gderała od rana. – Tylko tłuczesz się tą dryndą zaprzężoną w konika! Tyłek można sobie odbić.

– Do tej pory jakoś nie odbiłaś, to i teraz nie odbijesz – mruczał nadąsany. – Nie będę wąchał przez cały rok tej obrzydliwej machory, żeby potem raz w tygodniu przejechać się samochodem do kościoła.

– I na targ, i na targ! – podkreśliła skrupulatnie połowica. – Moglibyśmy też, podobnie jak Staśki, zwiedzić Europę – ciągnęła dalej z rozmarzeniem.

– E, tam! – machał ręką z pogardą i szybko uciekał jak najgłębiej w las, byleby nie słyszeć jazgotu żony.

Nie mógł jednak cały czas salwować się ucieczką w leśne ostępy. Nie jest przecież byle odyńcem, ale ostatnio nawet dziki wolą być bliżej domostw, niż lasu. Kalkulował sobie tak i owak do czasu, kiedy usłyszał o kredycie, który jest rozłożony na raty tak korzystne, że nawet skromne budżety gospodarstw domowych tego nie odczują. Gotówkę dostajesz od ręki. Nic, tylko brać i hulać, ile dusza zapragnie!

Niby mądry chłop, ale poszturchiwany przez połowicę uległ reklamowej pokusie i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki niebawem przed domem Dzięciołów stał nowiusieńki samochód, świeżym lakierem połyskujący w południowym słońcu. Blaszana puszka, techniki wytwór najnowszy. Żona tańczyła przy nim skocznego kankana, jakby to był ósmy świata cud. Samochód już był, owszem, ale żadne z nich nie miało prawa jazdy. Na szczęście miał je kuzyn Antoniego.

Kuzyn do spółki z małżonką namówili go na wyjazd do Włoch. Wczasy były udane, nawet bardzo. Antoni wrócił do domu bez samochodu i bez żony. Może by się zbytnio tym nie przejmował, gdyby nie pismo, które znalazł wetknięte w szczelinę drzwi, wzywające jego, Antoniego Dzięcioła, do zapłaty horrendalnej sumy. Wściekł się niemożebnie. Samochodu nie ma, a płacić trzeba. W dodatku nie jakieś małe ratki, jak mu wcześniej wmawiano, ale kwoty, jakie się Antoniemu w najśmielszych snach nie objawiały.

Długo wędrował po lesie jak obłąkany, ale nic to nie dało. Trudno o jakąkolwiek ulgę bowiem, kiedy po powrocie do domu wezwania do zapłaty, jak je położył na stole, tak dalej leżały. Ze złością zgarnął je wszystkie i wrzucił do pieca. Ogień błysnął i po sprawie. Jednak nie na długo. Po tygodniu przyszedł monit, potem drugi i trzeci. Wreszcie zjawił się komornik i zagroził licytacją domu. Tego Antoniemu było już za wiele. Podjął ostatecznie od tygodni rozważaną decyzję.

Od dawna miał upatrzone odpowiednie miejsce na małej polance z rozłożystym dębem pośrodku, pod którym piętrzyło się ogromne mrowisko. Jak się na tego dębu konarze powiesi, to po śmierci mrówki go zjedzą i żaden ślad po nim nie zostanie. Sprawa będzie radykalnie rozwiązana. Wprawdzie las usiłował przemówić mu do rozsądku gromkim chórem ptasich głosów: „Głupiś jak but z lewej nogi! Głupiś, głupiś!”, ale on obstawał przy swoim.

Dzień akurat wypadł wyjątkowo piękny, ciepły, słoneczny, niebo bez żadnej chmurki urzekało lazurem. Pogoda była wymarzona na rzeczy zupełnie inne. Antoni wziął ze stodoły postronek używany do pętania konia i poszedł do lasu. Po niedługiej chwili znalazł się na „swojej” polance. Sporządził pętlę, zarzucił sznur na gałąź, pętlę założył na szyję, podskoczył dla lepszego efektu i… trrrach! Gałąź musiała być zmurszała, gdyż pękła pod ciężarem Antoniego jak przysłowiowa zapałka, choć kolos z niego nie był, a on sam rymsnął centralnie na wielgachne mrowisko pod drzewem. Ucieszył się, gdyż lądowanie było miękkie. Dopiero byłby obciach, gdyby za głupim powieszeniem poobijał się, złamał sobie nogę czy rękę lub obie kończyny jednocześnie.

Lądowanie było miękkie, wyjątkowo miękkie, wbił się głęboko tyłkiem w sam środek mrowiska, bo na metr z hakiem było wysokie. Rudnice wprawdzie nie są agresywne, ale jeśli ktoś demoluje ci mieszkanie, raczej trudno jest zachować święty spokój. Toteż setki, a może nawet tysiące mrówek niezwłocznie oblazło Antoniego i dalejże go szczypać i szprycować kwaskiem własnego wyrobu. Poczęstunek mało przyjemny. Rzecz raczej nie do wytrzymania. Na domiar złego do gałęzi, którą niefortunnie złamał Antoni, przyczepione było gniazdo szerszeni. Rozsierdzone owady już krążyły nad głową winowajcy, który zburzył ich siedzibę. W niezłej chłopina znalazł się matni, jakby wzięty we dwa ognie.

Wprawdzie wygramolił się jakoś z mrowiska, ale po jego ciele wciąż tabunami biegały setki mrówek, wcale nie w przyjacielskich zamiarach, zaś nad głową zamiast aureoli krążył gniewny rój szerszeni. Antoni za nic nie mógł się pozbyć mało sympatycznego towarzystwa. Pomyślał, że jedynym ratunkiem będzie niewielkie jeziorko, położone ze dwieście metrów dalej, w którym często zażywał ożywczych kąpieli. Pędem puścił się w jego stronę, dobiegł do brzegu i tak jak stał, wskoczył do wody.

Jaka ulga! Wręcz nie do opisania. Czuł, jakby narodził się na nowo. Po trosze uznać można to za zgodne z prawdą, wszakże mógł przecież dyndać na gałęzi jak dorodna szyszka. Szyszka na dębie. He, he, dobre, nie? Taplając się w wodzie, z trudem wyzwolił się z ubrania.

Maksymalnie zanurzony kręcił ubraniem młynka i chlapał wodą na wszystkie strony. Czekał, aż odpłynie ostatnia mrówka oraz odleci ostatni szerszeń. Wtedy wyszedł na brzeg, rozłożył ubranie na trawie, żeby szybciej wyschło i ponownie wskoczył do wody. Długo rozkoszował się ciepłą kąpielą i tym, że go rozdrażnione owady żywcem nie zjadły, natomiast okalający jeziorko las podśpiewywał radośnie: „zmądrzałeś!”, „zmądrzałeś!”

Chyba rzeczywiście zmądrzał, bowiem po wyjściu z wody położył się na suchej już koszulce i wygrzewał się w słońcu, zaś jego oblicze wypogodziło się jak niebo nad głową. Strzeliste sosny z wysoka przyjaźnie doń kiwały zielonymi czuprynami, które na tle nieba wyglądały jak kawał soczystej łąki zawieszony wysoko na brązowych słupach. Ani w głowie Antoniemu było ponawianie tak niefortunnie zakończonej próby. Nie był jakimś szaleńcem, aby dobrowolnie skazywać się na tortury mrówek wspierane żądleniem szerszeni. Boru szum kojący ze śpiewem ptaków wlewał się do serca jak balsam. Intensywnie pachniało żywicą.

Można na leśne zdarzenie patrzeć rozmaicie, ale jak na dłoni widać znakomicie, że mrówki uratowały Antoniemu życie.

Miejsce II

Anna Czartoszewska z Plewek

za prozę Popioły dzieciństwa

 

Popioły dzieciństwa

Okrutnie grzmiało, rozgniewane niebo nie dało się uciszyć szeptami matki, odważnym światłem gromnicy, pokornym pokłonem brzozowej gałązki. Błyskawica zanurkowała w czapie stodoły, nie naszej, ale blisko, za blisko. Wybuchła czerwonym gniewem i z chichotem przeskakiwała na kolejne chaty, stodoły, chlewiki i szopy. Wiatr mieszał się z oddechem ognia. Czuć było swąd zniszczenia, powietrze przerażone gęstniało. Rodzice zaczęli wyciągać bydło z chlewa. Na miękkich od strachu nogach biegali w tę i we w tę. Na miękkich od strachu rękach wynosili dobytek. Niewybredny ogień zaczął połykać i nasz dom, chlewy, kurnik, parnik, wszystko.

Mojemu bratu i mnie mama kazała iść, gdzie nie ma dymu. Powierzyła nam ogromne zadanie uratowania pierzyn. Ja miałem siedem lat, a brat cztery. Pierzyny były okrutnie ciężkie, ale daliśmy radę. Szliśmy dalej i dalej, dalej i dalej, i nigdy nie czuliśmy się bezpiecznie.

Gdy wróciliśmy na siedlisko, nie było już naszego domku, niczego już nie było, tylko płacz.

Nawet uratowane pierzyny do niczego się nie nadawały, tylko wziąć przykryć się zmęczeniem i zasnąć…

Wszędzie była bieda, dużo rodzin straciło dach nad głową. Tułaliśmy się po dobrych ludziach. Minęło trochę lat, zanim rodzice odbudowali budynki. Z obawy przed ogniem zagrodę odsunięto od drogi i innych dachów. Do mojego domu prowadziła aleja leszczyn, w sadku ze spalonego pnia odrósł dąb, miał zielone listki, z nadzieją piął się pod niebo. Tylko gdy przychodziły wiatry i burze, drżał zakorzeniony w lęku jak my.

 –

 

Miejsce III

Józefa Drozdowska z Augustowa

Za prozę Na strychu

Na strychu

Mam kilkanaście lat, a mimo to, gdy wspinam się po schodach na strych, odczuwam lęk. Nie tyle przed upadkiem, co osunięciem się drewnianej klapy na moją głowę. Myślę, że pozostanie on ze mną do końca dni, w czasie których, będę mieszkać w tym domu. Przy wchodzeniu na górę, tą nazwą posługujemy się najczęściej, powtarza się on za każdym razem. Podobne uczucie miewam, gdy schodzę ze strychu. Klapa jest przymocowana do ściany i nie pamiętam, by kiedykolwiek spadła na kogoś. Nigdy nie zakrywano nią włazu. Nie dowierzam jednak jej drewnianym zawiasom. Strych lubię, a nawet kocham i nie znoszę go jednocześnie, aczkolwiek „jednocześnie” to złe określenie, bo czuję się na nim dobrze w dzień, a boję się wieczorami. Na strychu nie ma elektrycznego światła, chociaż we wszystkich innych pomieszczeniach jest. Niedawno zostało podłączone do komory u nas nazywanej składówką. Czemu o nim zapomniano? Nie ma pojęcia. Czasem trzeba po coś wybrać się na górę po zmroku. Coś przynieść lub zanieść przyniesionego rankiem. W deszczowe i śnieżne dnie suszy się w tym pomieszczeniu na rozwieszonych sznurach pranie. Potrzebna jest kopańka do lepienia kołdunów, kosz z makówkami lub strąkami fasoli do łuskania. I jeszcze wiele innych rzeczy, które wymagają tego, a nie innego czasu. A tam jest ciemno, bo jakąż przestrzeń zdolna jest oświetlić mała ręczna latarka. Trudno! Kontynuuję zamierzoną opowieść.

Mam kilkanaście lat i kocham przebywanie na strychu. Latem właśnie tam lub na podłodze we frontowej sieni leżąc na kocu, najlepiej czyta się książki. Oczywiście wtedy, kiedy nie ma pilnej pracy na polu czy w ogródku. Także w czasie deszczu.

Na strychu jest cicho. Gdy pada deszcz, słychać bębnienie kropel o dachówki, ale to mi całkiem nie przeszkadza. Lubię deszcz, a w czasie burzy nie wybieram się w to miejsce. Zdarza się, że ciszę coś przerywa, ale to tylko dodaje scenerii strychu szczególnego nastroju. W kloszach starych naftowych lamp zwisających u krokwi łomoczą się skrzydełkami o szkło muchy lub zabrzęczy w nich pszczoła. Czasem zabuczy bąk. Tuż przy ceglanym kominie stoi stary patefon mamy.

Już od kilku lat nie słuchamy na nim płyt. Coś w nim pękło i nikt nie kwapi się zawieść go do majstra w mieście. Może nie wiedzą, do którego. Nie stawia już go mama niedzielami w otwartym oknie alkierza. Nie płyną z płyt piosenki ni walce. Przy skrzynce z atłasowym wyłożeniem leży ich spory stosik. Zarysowanych i popękanych. Mimo tego otula mnie słuchana niegdyś z nich muzyka. W ciszy strychu słyszę niezapomniany śpiew. Po podłodze turla się czasem potrącony przez koty szklany gąsior, w którym niegdyś przechowywano wino. Szemrają tu i ówdzie porzucone w nieładzie przeróżne rupiecie. Miedziana stara miednica, skrzynki z czymś niewiadomym, kufer oblazły z koloru, tekturowe pudła i pudełka, stare gazety, papiery i nawet sfatygowane książki. Lubię je przerzucać, bo zawsze znajdę coś, co mnie zainteresuje, chociaż nie zawsze z dobrym dla mnie skutkiem. Choćby taki kryminał o pisie Baskerville’ów, który zmroził mi krew na wiele dni. Są tu, upstrzone kleksami, dawne podręczniki brata. Wśród nich jakiś przedwojenny. No, no. Jakże inny od moich. I ten z 1869 roku „do nauki pierwszego czytania”, nie kłamię – taka data na nim widnieje, z wierszem autorstwa Antoniego Góreckiego o próżniactwie wróbli. A ja kocham wróble, które czasem zakradają się na strych. Udajemy, że siebie nie widzimy. Patrzę na zeszyty z wyblakłymi szlaczkami i piątkami z kropką. Teraz mniej stawiają mi piątek. Ale czy słusznie? Zostawiam to pytanie bez odpowiedzi. Leżą kochane „Krzyżacy” bez okładek, za to okraszone niejedną łzą. Popłakuję nad nimi i teraz. Jakże więc mi nie kochać tego miejsca.

Boję się nie tylko drewnianej klapy mogącej spaść mi na głowę. Przy zwieńczeniu dachu od środka w samym rogu wisi ogromny kokon. Bywały niekiedy i dwa. Wygląda jak szara papierowa pomięta kula. To gniazdo os. Całe szczęcie, że jest wysoko. Nie dosięgnę nijak jego głową i tym samym nie zdenerwuję ich mieszkanek, ale nie mam pewności tego spokoju. Stąd mój strach.

Mam te kilkanaście lat i marzenia, o których lubię rozważać na strychu. Może, dlatego że jestem tutaj sama i nikt nie widzi moich emocji. Najbardziej fascynują mnie tutejsze okna, a raczej okienka w szczytach domu. Można przez nie patrząc, marzyć i wspominać. Jedno mniej dostępne, bo tuż pod nim skrzynia ze śrutą czy jakąś osypką dla zwierząt. Zagarnia się nią żelaznym hełmem – pamiątką po wojnie, która wciąż jest żywa w wieczornych zimowych opowieściach starszych członków mojej rodziny lub sąsiadów. Czasem staję na stołku i oglądam w nim, w okienku, a nie hełmie, obłoki, dach drewutni zwanej szopą i wierzchołek wyrosłego ponad nią klonu. Za każdym razem przypomina mi się pomieszkująca w niej sowa. Boję się jej nie mniej, niźli wchodzenia wieczorem na strych. W drugie, wychodzące na sad, okienko gapiłam się bardzo, bardzo często i teraz przez nie spoglądam. Na wyciągniecie ręki mam przed sobą gałązki wysokiej starej gruszy dziczki z jednej strony i jabłonki obsypanej kronselkami z drugiej. Tuż nad samym szczytem dachu króluje ponadstuletnia topola. A ileż widzę drzew w sadzie! Jabłonie rodzące antonówki, grabsztyny, kosztele; rząd wiśni i trzy śliwy węgierki rosnące bliziutko miedzy. Z boku zaś, bliżej drogi, rośnie miodna wysokopienna lipa z ustawionym pod nią drewnianym krzyżem. Tuż za sztachetami ogródka stoją dwa ule, przy których zwijają się z wielką szybkością pszczoły. Niegdyś było ich w sadzie więcej, ale wówczas był młodszy ojciec. Więcej miał sił do zajmowania się pszczołami i miodem.

W ogródku pachną bujany i floksy, a mnie ni stąd, ni zowąd przypominają się rodzinne opowieści. Kląskania słowika w krzewie jaśminu rosnącego w narożu, przeróżne chichoty dochodzące do mnie z ławeczki ustawionej tu przez tatę. Są wakacje. Jaśmin już przekwitł, a słowiki umilkły. Jest za to wiele innych ptaków, które zaczynają ożywiać się przed zmrokiem. Zaklekocze zaraz bocian. Zakumkają żaby w sadzawkach. Co za muzyka? Patrząc przez okienko na przemian marzę, by odfrunąć stąd jak ptak i pozostać tu na zawsze niczym topola. Dlaczego muszę wybierać?

Słyszę cichutkie skradanie się na schodach. To któryś z naszych kotów. Czy rudy Tygrysek, czy szary w czarne pręgi Pimpuś? A tu – niespodzianka! Bura Mruczka ociera się o moje nogi. Jeszcze chwila i muszę zejść ze strychu. Tuląc głowę do jej futerka, leczę się z fobii drewnianej klapy, hełmu przypominającego o wojnie, gniazda os i mrocznego pohukiwania sowy. Nie wszystko opowiedziałam. Ale czy to konieczne?

Trzy równorzędne wyróżnienia w kategorii proza

Wyróżnienie

Jolanta Maria Dzienis z Białegostoku

za prozę List do M., czyli rzecz o pierogach

List do M.,  czyli rzecz o pierogach

M., drogi mój,

Za oknem deszcz się rozszalał. To już nie drobniutka mżawka z opadającej mgły, tylko regularna, jesienna ulewa. Z jednej strony to dobrze, bo jest bardzo sucho, ale z drugiej, tej z potrzeby wewnętrznej płynącej, wolałabym chlapać się w morzu, a nie moknąć w wodzie, lejącej się z góry. Dlatego zazdroszczę ci pobytu w bazie na Filipinach, gdzie temperatura powietrza i wody nie spada poniżej 25 stopni. Ale nie narzekam, tylko zastanawiam się, jak opowiedzieć ci o wczorajszym wieczorze. No i nocy. Szykujesz się na pikantne szczegóły?

Wiesz już, że zgodnie z twoją sugestią przyjęłam zaproszenie na bal. Nie chciałam wziąć w nim udziału, bo to pierwszy raz od piętnastu lat, kiedy nie mogłeś w nim uczestniczyć. Ty, starosta roku, trzymający cała naszą hałastrę w ryzach! No i marzyłam o zobaczeniu  zaćmienie krwawego superksiężyca, trzy w jednym, zjawiska niecodziennego, rzadko widzianego w Polsce. Rozsądek w końcu wziął górę. Mogę mieć przecież wszystko, i dobrą zabawę, i zaliczoną obserwację astronomiczną. Wystarczy, że opuszczę towarzystwo przed oczekiwanym zdarzeniem, czyli ciut po trzeciej. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.

Wysyłam Ci swoje zdjęcie, żebyś zobaczył, jak wystrzałowo, a zarazem skromnie wyglądałam. Czarna koronkowa,  rozkloszowana sukienka przed kolano z szerokim czerwonym paskiem, w tymże kolorze korale i klipsy i bordowe pantofelki zostały zauważone i docenione. Zebrałam mnóstwo komplementów.  Chłopcy dbali o to, żebym jak najmniej czuła twoją nieobecność. Tańczyłam niemal bez przerwy, z króciutkimi przerwami na pokrzepienie nadwątlonych szaleństwem sił. Jedzenie było wyśmienite i w takich ilościach, że kelnerzy przygotowali paczuszki z wiktuałami na wynos dla każdego. Trunków nie nadużywałam, jedynie kieliszek, no może dwa, czerwonego wina dla przybycia krwi.

Wszyscy wiedzieli, że z wybiciem godziny trzeciej, prawie jak Kopciuszek przesunięty w czasie, ulotnię się z sali balowej. Wolałam wcześniej uprzedzić, bo wprawdzie w ferworze zabawy nikt pewnie nie zauważyłby mojej nieobecności, ale to tak na wszelki wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy urządzić grę w poszukiwania.

Gdy zegarek zapikał ustawioną melodyjką, przesunęłam się dyskretnie w stronę drzwi. Chciałam wyjść niezauważona. Marzenie! Gospodyni imprezy zjawiła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i wcisnęła mi w dłonie styropianową, przykrytą aluminiową folią tackę z pierogami i kiszką ziemniaczaną. Opierałam się dziko, ale na nic moje protesty. Zrezygnowana, z wiktuałami pod pachą wyszłam przed restaurację i spojrzałam w niebo.

Spodziewałam się ogromnego Księżyca tuż nad horyzontem, a tymczasem, wysoko wśród gwiazd, maleńka tarcza Luny, ot tak, wielkości dwudziestogroszówki, przyłożonej do firmamentu, oślepiała lejącym srebrem… Cisza nocna ogłuszała bezdźwięcznym gwizdem, oczy zaczęły mi łzawić… i zaczęło się…
Z góry, z lewej strony, na tarczę naszego satelity padł subtelnie pogłębiający się cień. Ale nie czerwony. Był szarobrunatny, z leciutkim zarysem karminowym. Powolutku spełzał na prawo w dół, ciągle nie czerwony, nie ciemnopomarańczowy nawet, tylko brązowo-szary z połyskującym, pulsującym brzeżkiem w odcieniu cynobrowym… W rytm uderzeń serca, pojawiał się zaledwie w postaci fragmentu okręgu i znikał, pozostawiając tarczę w barwie rozświetlonej ochry… Zaćmiony Księżyc wciąż maleńki i nieustannie pozbawiony krwistości, zostawiał wrażenie pełnego niedosytu, bo to miał być przecież SUPERKSIĘŻYC…

Stałam z zadartą głową, mimo wszystko zachwycona spektaklem, a gdy za czas jakiś cień zaczął ustępować wolniutko, zwracając niebu srebro księżycowe, ruszyłam w stronę domu.

Szłam nie tędy, którędy wracałabym normalnie, oświetloną ulicą, tylko na skróty, wzdłuż straganów, a raczej bud warzywnych. Takich bez zamkniętego „przodu”, składających się tylko z bocznych ścian, dachu, wypełnionych prostymi, zbitymi z nieheblowanych desek półkami i prymitywną ladą wewnątrz. Gdy dochodziłam do końca tej szpecącej osiedle zabudowy, z przedostatniej budy wyskoczył postawny osiłek, zagrodził mi drogę i złapał za ramiona.
– Dzień dobry pięknej pani – usłyszałam.
Szarpnęłam się odruchowo. Ale ten trzymał mocno. Pochylił się i dodał:

–  Piękna pani pięknie pachnie i pewnie zaraz da nam papieroska!

Pchnął mnie do wewnątrz straganu, gdzie trzech młodzianów, opartych o półki pociągało piwo z butelek.
– Przykro mi, nie mam papierosów, nie palę – odpowiedziałam.
– To poprosimy piękną panią o stówkę na papieroski – osiłek wyszczerzył zęby.
I jak myślisz, co zrobiłam? Wściekłam się wewnętrznie tak, że miałam ochotę wyrżnąć z całych sił w te wyszczerzone zębiska! Nie mam pojęcia, dlaczego się nie bałam, byłam wkurzona do granic niemożliwości, bo to moje osiedle, w którym zawsze czułam się bezpiecznie, gdzie mnie znają w każdym sklepie, gdzie młodzieńcy popijający różne wynalazki pod klatką, otwierają przede mną drzwi i często pomagają dźwigać siaty, a menele, o pardon, bezdomni, mówią mi dzień dobry, bo zdarza mi się ich dokarmiać, szczególnie zimą, a tu jakieś obce indywidua chcą mi zrobić krzywdę!

Zanim zareagowałam agresywnie, co mogłoby się różnie skończyć, wzrok padł mi na zawiniątko, które ciągle trzymałam w uniesionej dłoni. I olśniło mnie.
– Nie mam stówki, bo wracam z imprezy, ale mam zagrychę do piwa, -powiedziałam.
Popatrzcie, to są pyszne pierogi z mięsem i świeżutka kiszka, częstujcie się proszę – dodałam ze słodkim uśmiechem i zaczęłam odwijać folię z tacki.
Wyobraź sobie podziałało!
– Super – odpowiedział jeden z nich, a pozostali pokiwali głowami.
– Ale – dodał ten, który mnie wciągnął do budy – piękna pani nie odmówi piwka!
No i wypiłam butelkę piwa, gawędząc z nimi o trudach życia w Polsce demokratycznej. Dosłownie! Uwierzysz?
Po dokonanej konsumpcji produktu browarniczego Tatra, powiedziałam grzecznie dobranoc, odmówiłam dystyngowanie, a taktownie, na propozycję odprowadzenia mnie do domu, odwróciłam się i niezatrzymywana odeszłam.

Pod klatką spojrzałam jeszcze raz w niebo.  Zobaczyłam Księżyc już zupełnie pozbawiony cienia, wyciszony nadchodzącym wschodem słońca, przeźroczysty i ulotny…
Jak życie.

Tak to, M., mój drogi, pierogi i kiszka ziemniaczana pozostaną już na zawsze moimi ulubionymi daniami. Może niekoniecznie do jedzenia, ale do miłego wspominania na pewno, bo jak już napisałam przyjaciołom w esemesie, uratowały moją nieskalaną cnotę.

A tak swoją drogą, zaczynam być fatalistką i stwierdzam autorytatywnie nieco, że nic, nawet najdziwniejszego, nie dzieje się bez przyczyny. Bo co by było, gdyby udało mi się wcześniej pozbyć tacki z pierogami? Jak myślisz?

 –

Wyróżnienie

 Janina Jakoniuk z Białegostoku

za prozę Leśniczówka

 

Leśniczówka

Szosa, którą jechał Stefan Szorc stawała się coraz bardziej wyboista. Miejscami asfalt był wykruszony na większej powierzchni i musiał dziury omijać poboczem. Niebawem droga utwardzona przeszła w zwykłą żwirówkę, a po obu jej stronach zaczęły pojawiać się zarośla, które po kilkuset metrach przeszły w piękny las. Nawet kiepskie warunki drogowe nie popsuły mu humoru. W końcu zrealizował swoje marzenie. Zawsze chciał zamieszkać w środku lasu, gdzie miałby kontakt tylko z przyrodą, bez sąsiadów i tych miejskich wynalazków. Właśnie udało mu się po wielu poszukiwaniach w różnych agencjach nieruchomości znaleźć leśniczówkę, stojącą w środku lasu, odległą od najbliższego dużego miasta o jakieś 50 km. Budynek był niedawno remontowany, działka duża i ogrodzona wysoką siatką. Należała do Nadleśnictwa, ale do niedawna zamieszkiwał tam samotny emerytowany leśniczy, który ze względu na wiek i stan zdrowia przeniósł się do pobliskiej wsi. Miejsce było tak niezwykłe, że kiedy pierwszy raz tu przyjechał zakochał się w nim. Ponadto doznał jakiegoś dѐjà wu. Wydało mu się, że widział już gdzieś taką działkę, zarośniętą starymi drzewami i stojący nieco w oddali spichlerz zbudowany z polnego kamienia. Może śniło mu się takie miejsce właśnie? Nigdy wcześniej nie był w tym regionie Polski. Mieszkał i pracował w Katowicach, a więc na drugim jej końcu. Te strony były mu całkowicie obce. Pracownik biura pośrednictwa widząc zachwyt w oczach klienta, dołożył wszelkich starań, aby leśniczówkę sprzedać. Odległość od miasta, brak Internetu, zły dojazd, bo droga jesienią i zimą potrafiła być nieprzejezdna, zniechęcały do kupna ludzi młodych. A starzy –  woleli mieszkania w blokach, gdzie nie trzeba było palić w piecach. Wewnątrz pozostały meble, naczynia i narzędzia. Mógł się przeprowadzać choćby zaraz. Trzeba było tylko pozałatwiać sprawy związane z kupnem i umówić się z notariuszem.  Stefan po wpłaceniu zaliczki powrócił do Katowic i czekał na telefon z agencji. Po tygodniu otrzymał informacje, żeby przyjechać na podpisanie aktu własności. Właśnie wczoraj dopełnił formalności, przespał noc w hotelu, zrobił niezbędne zakupy na kilka dni i teraz jechał szczęśliwy do swojej już! – leśniczówki. Na miejscu miał czekać na niego pośrednik nieruchomości Kacperuk i poprzedni lokator, aby przekazać klucze i zaznajomić nowego właściciela z potrzebami i ewentualnymi problemami domostwa. Skręcając z głównej drogi w drogę polną, już z daleka zobaczył czerwony dach leśniczówki, a kiedy podjechał bliżej, na podwórku stał samochód Kacperuka. Wysiadł i przywitał się.

– Dzień dobry. A pana leśniczego jeszcze nie ma? – zapytał.
– A jest, jest. Pan Antoni poszedł coś sprawdzić do budynku gospodarczego. O, już wraca.
Pośrednik przedstawił sobie mężczyzn i zapytał:
– To jak, panie Antoni? Ma pan wszystkie klucze przy sobie?
– No jak, panie? Przecie mam. I wszystko panu miastowemu pokażę i objaśnię.
– To świetnie, bo ja muszę już wracać. Mam następnego klienta za godzinę. Czy nie ma pan pytań panie Stefanie? Wszystko w porządku?
– Tak mi się wydaje. Dziękuję. Jak by coś nie tak, to będę telefonował do pana.
– No to do widzenia. Panie Antoni, tylko niech pan nie wystraszy nowego właściciela – zaśmiał się, pożegnał  i wsiadł do samochodu.
– Spokojna głowa. My tu z panem wszystko obgadamy jak trza!
Samochód wyjechał za bramę, którą pan Antoni przymknął i zaproponował:
– Zapraszam pana do środka, najpierw napijemy się kawy i pogadamy – powiedział  i poszedł przodem ścieżką prowadzącą na tył domu. Tam oparty o schodki stał rower.
– To tym pan tu przyjechał? – zapytał Stefan – myślałem , że przywiózł pana pan Kacperuk?
– A gdzie tam, panie? Jemu nie po drodze. Ja teraz mieszkam na wsi, 5 km dalej po drugiej stronie, a Kacperuk mieszka w mieście, w przeciwnym kierunku.
– I dał pan radę przyjechać rowerem pięć kilometrów? Ja przepraszam, ale w tym wieku to pewnie ciężko?
– Panie! Ja całe życie jeździłem rowerem. To prawda mam już swój wiek, ale jeszcze jeżdżę. Nie mam samochodu i nie miałem nigdy. To tylko kłopot, a rower przydaje się i po leśnych dróżkach jeździć można.
– No tak. A czym miałby pan mnie wystraszyć? – Stefan lekko się zaniepokoił. Czyżby zbyt pochopnie podjął decyzję?
– A, panie, bo tu w okolicy ludzie uważają, że to miejsce jest nawiedzone… ale ja tu mieszkałem 40 lat.

– Co pan mówi? Dlaczego nawiedzone? Musi mi pan o tym dokładnie opowiedzieć. Jakieś duchy tu pokutują czy co?
– Opowiem panu i bardzo chętnie. Przed wojną,  mieszkało tu pewne małżeństwo. Dom nie należał jeszcze do nadleśnictwa, dopiero dużo później nadleśnictwo go kupiło i zrobiło leśni- czówkę. Dokładnie nie wiem, bo byłem małym chłopcem jak rodzice rozmawiali o tym ze sobą. Ten gospodarz był wykształcony, a jego żona znała się na ziołach. I podobno w swoim domu przechowywali jakiegoś uciekiniera z Warszawy. Jakiegoś naukowca, czy coś? No i panie, on był poszukiwany przez „bezpieke”. Wszyscy w okolicy często korzystali z pomocy zielarki i nieraz zjawiał się ktoś w ich domu niespodziewanie. Trudno było nie zauważyć obcego człowieka. Bo tu panie się wszyscy znali. No i kiedyś ktoś chlapnął językiem we wsi, że mają gościa. Nie trzeba było długo czekać, nie minęło dwa dni jak przyjechali z województwa i przeszukali całe gospodarstwo, a gospodarzom zagrozili więzieniem. Ale nikogo nie znaleźli. Gospodarz się tłumaczył, że ludzie przychodzą tu po leki ziołowe, że nikogo nigdy nie ukrywał. Nie uwierzyli, ale pojechali.
– A gdzie się ukrył ten gość? – zapytał Stefan coraz bardziej zainteresowany historią.
– Gdzie się ukrywał to ja panu pokaże. Potem gospodarze byli często nękani przez milicję i innych takich donosicieli, że w końcu opuścili to gospodarstwo i wyjechali gdzieś na południe kraju. Po ich wyjeździe zaczęły się dziać jakieś dziwne rzeczy. Jakieś jęki jak spod ziemi, ogniki wokół posesji, tak, że nawet ci co donosili bali się tu przychodzić. Te wszystkie niesamowitości rozpowiadał sołtys, stary weteran wojenny, człowiek szanowany, patriota. Opowiadał w taki sposób, że słuchając go nie sposób było nie wierzyć.  Właściciele tego gospodarstwa próbowali, później już w PRL-u, je sprzedać, ale nikt nie chciał kupić. Ludzie się bali. Zdarzyło się, że nadleśnictwo potrzebowało leśniczówki, bo różni oficjele przyjeżdżali tu na polowania i trzeba było gdzieś ich ulokować. Domostwo idealnie nadawało się do tego celu więc nadleśnictwo kupiło całą posesję, wyremontowało budynek mieszkalny, rozebrali chlewek i stodółkę, zagospodarowali teren wokół domu. Tylko zostawili ten kamienny spichlerz, jako miejsce na przechowywanie upolowanych zwierząt. Bo tam panie jest zawsze zimno.
– No a co się stało z tym człowiekiem, który się ukrywał?
– A to w ten sam dzień jak ktoś zdradził tę tajemnicę, zanim doniesiono na milicję, przybiegł do gospodarzy sołtys i powiedział co się stało. W tym spichlerzu jest taka piwniczka, do której się wchodzi z dwu stron. Z zewnątrz wejście było poza ogrodzeniem. Wychodziło tunelem aż tam w te zarośla choinek, o, co to pan widzi na prawo. Drugie wejście było pod podłogą spichlerza. Jak sołtys ostrzegł, że to może się źle skończyć, to wspólnie  nanieśli worków ze zbożem, żeby zamaskować to wejście. I się udało. Teraz ten tunel jest zawalony i nie widać wcale gdzie on wychodził, ale piwniczka została. Proszę iść ze mną.
Przeszli przez ładnie utrzymany trawnik do niewielkiego kamiennego budynku. Pan Antoni dużym kluczem otworzył ciężkie okute drzwi. Ze środka powiało chłodem i stęchlizną.
– Nie wietrzone dawno, ale to nie problem. Pozamykałem wszystkie okienka jak opuściłem to miejsce. Ja panie byłem tu od samego początku, bo miałem za zadanie nadzorować remont i potem też byłem potrzebny kiedy przyjeżdżali goście na polowania. Zanim weszli robotnicy sam dokładnie obejrzałem wszystkie kąty. W tym spichlerzu, o tutaj, widzi pan? jest trochę jaśniejszy tynk, to ślad po zamurowanych drzwiach. Tędy wchodziło się do piwniczki gdzie ukrywał się ten naukowiec. Ona nadal istnieje choć drzwi zamurowałem. To tak na wszelki wypadek…
– Na jaki niby wypadek? – zainteresował się Stefan.
– A bo to wiadomo? Kiedyś może się przydać. Niech tam sobie będzie za ścianą.
W pomieszczeniu było czysto. Pod ścianami stały ciężkie drewniane ławy. W jednym kącie poustawiane narzędzia, jakieś grabie, kosiarka, szpadle, itp. W drugim kącie stał wielki drewniany stół wykonany z grubych dębowych desek. Małe okienka prawie pod sufitem wpuszczały niewiele światła, ale pod sufitem w szklanej obudowie umieszczono żarówkę. Stefan stał na środku pomieszczenia i coś dziwnego się z nim działo. Jakieś obrazy kołatały mu się w mózgu, coś czego nie mógł sobie żadną miarą przypomnieć. To aż bolało.
– Panie Antoni, a jak pan tak sprawdzał te wszystkie kąty, to nic pan ciekawego nie znalazł?
Jakiś skarb może? – zażartował.
– A owszem, znalazłem… ale czy to skarb? Nie wiem, może dla jakiegoś naukowca…? Nawet wziąłem to ze sobą, bo pan uczony, to może pan powie co to jest. To było ukryte w tunelu za belkowaniem, tuż za drzwiami piwniczki. Nikomu tego nie pokazywałem, bo nie wiem co to jest, ale na pewno to zostawił ten ukrywający się człowiek.
– No a co z tym człowiekiem, nic pan nie słyszał?
– Słyszałem. Ten sołtys co to ostrzegł gospodarzy przed rewizją mówił mi, że jak ci ludzie wyjeżdżali, to bardzo się śpieszyli. Była późna jesień, drogi błotniste, więc poprosili sołtysa o zawiezienie ich furmanką do miasta na pociąg. No i on ich zawiózł. I wie pan kto wsiadł na wóz? Gospodarz z żoną i jeszcze jakaś obca kobieta. I tę całą trójkę zawiózł na stację.
– Aha. To dobrze, to proszę pokazać mi ten skarb.
Pan Antoni wyjął zza poły owinięty w ceratę niewielki rulon. Ostrożnie odwinął opakowanie i rozłożył na stole spory zeszyt. – Proszę, niech pan ogląda.
Stefan zaczął przewracać podniszczone kartki. Na każdej stronie były jakieś rysunki urządzeń, czy maszyn, jakieś konstrukcje, wzory matematyczne, wyliczenia, czy rachunki… Może gdyby był inżynierem umiałby to odczytać, ale nie był.  Tuż pod okładką zeszytu tkwiło małe czarno-białe zdjęcie, dość mocno spłowiałe. Stefan spojrzał i oniemiał. Na zdjęciu były trzy osoby: mężczyzna, kobieta i dziecko. Może 2-letni chłopczyk. Takie samo zdjęcie było w albumie jego rodziców, tylko w lepszym stanie. Przedstawiało dziadka i babcię Stefana, a ten chłopczyk to był jego ojciec. Stefan zbladł i zachwiał się na nogach.
Musiał oprzeć się obiema rękami o stół, bo zakręciło mu się w głowie. Czyżby dziadek przekazał mu zza grobu te wszystkie odczucia. Dziadek zginął zastrzelony przez jakiegoś bandytę w 1950 roku.
– Co panu jest? Źle się pan poczuł? – zaniepokoił się leśnik.
– Panie Antoni – wyszeptał Stefan – to był mój dziadek… Przed wojną był projektantem silników spalinowych i pracował  nad ich ulepszeniem. Po „wyzwoleniu” działał w podziemiu i tu się musiał ukrywać. Jednak go dopadli. Ale skąd ja mam to wrażenie, że tu byłem, że znam to miejsce…? Nawet wiem gdzie gospodyni suszyła zioła. Na strychu powinien być taki mały pokoik, gdzie na półkach stały w słoikach … Czy on istnieje?
– Pokoik jest i zioła tam były. Widziałem na własne oczy. Ale ziół już nie ma. – Pan Antoni patrzył na Stefana z niedowierzaniem. – Musiał panu dziadek opowiadać…
– Niemożliwe. Dziadek zginął w 1950, a ja urodziłem się w 1966 r….
– To jakaś bardzo dziwna sprawa. Nie mam pojęcia skąd pan to wie.
– Ja też nie mam pojęcia panie Antoni… chyba dziadek zza grobu mi te informacje przekazał, albo… albo odrodził się we mnie… czy to w ogóle możliwe…?

Wyróżnienie

Wojciech Więckowski ze Skrodzkich k. Rajgrodu

Za prozę List

LIST

Kochany Mój,

koncert wypadł super. Na początku dziewczyny były trochę spięte całkiem dla nich nowym środowiskiem i konwencją spotkania. Ale to dobrze, taki był cel ćwiczenia – przed konkursem powinny się oswoić z rozmaitymi warunkami występu. A potem z piosenki na piosenkę nabierały wigoru i wyczucia. Stałam tyłem do sali, więc nie widziałam jej reakcji, ale jakiś starszy pan mi powiedział, że przy „Bałałajce” odleciał z realu. Nigdy nie jest tak dobrze, aby nie mogło być jeszcze lepiej – w dwóch miejscach dziewczynom rozjechała się harmonia, więc przed   konkursem będzie nad czym popracować.

Mama zaprosiła Pawła, żeby urozmaicił Kulturalną Niedzielę w Klubie swoimi wierszami. Oni zaprzyjaźnili się przed laty, kiedy Mama walczyła o utrzymanie mojej szkoły a Paweł, jako radny, optował za jej zamknięciem. Super ciekawostka – zaprzyjaźnić się z kimś, z kim się walczy. Ja myślałam, że to z tej znajomości wynikło jego zaproszenie do współpracy, ale on mówi, że wypatrzył mnie, kiedy z Danką grałyśmy chałturkę na imieninowej imprezie dyrektora J., i dopiero później dowiedział się, kto ja.

Przyjechał razem z żoną. Pani Ania kończyła mój Wydział, tyle że czterdzieści lat temu. Paweł na dzień dobry dał ciała. Wymyślił fajny numer – jak skończymy z Basią grać nasze dueciki, to niby zasiądziemy do bisu, zaczniemy grać, a on dołączy ze swoją przyśpiewką. Tyle, że zapodał nam za niską tonację i aby czysto zakończyć musiałby chyba zejść do piwnicy. Ale całkiem się tym nie przejął. On tak ma – dla niego ważny jest tekst, a muzykę traktuje jak pas transmisyjny. Z drugiej strony, jak robiliśmy ten jego program, to dziwiłam się, dlaczego wybiera takie trudne piosenki Starszych Panów. Dopiero jak zaczęły nam wychodzić, przekonałam się, jakie są cudne. Musiałam się jednak dobrze nagimnastykować, aby nauczyć Go oyrginalnej melodii tam, gdzie ją źle zapamiętał. To nawet śmiesznie wyglądało – smarkata studentka poucza starego wykładowcę. Ale ten trening przydał mi się jak zaczęłam pracę z moimi Babciami – zwrócenie uwagi czy wydanie polecenia było już  dość naturalne. A o wykładowcach powiedział kiedyś JAJAKOBYŁY. Jak narzekałam na nudne wykłady z propedeutyki, stwierdził: „JA, JAKO BYŁY wykładowca uważam,    że jeśli studenci nie przychodzą na wykłady, to znaczy, że wykładowca jest do dupy”.

Jak tylko uwinęliśmy się z kulturą muzyczną i literacką, Mama ze swoimi

Klubowiczkami przystąpiły do prezentacji kultury kulinarnej. Przeskoczyły same siebie – żarcia było do uchachania, a co danie, to ciekawsze. Kartacze, kurczaki, zrazy zawijane, kartofle takie i śmakie, kolekcja surówek, ciasta w pięciu gatunkach et cetera bomba.

Jak już pojedliśmy, Paweł zaczął obiecane śpiewanki. Ależ on ma repertuar i pamięć! Razem z Panią Anią prześpiewywali się z moimi Babciami jak na jakichś   zawodach. Dziewczyny, jak się rozkręciły, to walnęły z pamięci „Chór Pielgrzymów”.  A potem Irena prosiła Panią Anię, by jej przysłała jakieś teksty i nutki.

A teraz uważaj! Pod koniec imprezy Paweł stwierdził, że go urzekłam muzyką, profesjonalizmem, ciekawością świata i umiejętnością słuchania. I że jestem absolutnie wyjątkowa, bo po raz pierwszy zakochał się platonicznie. I że to nic dziwnego, bo moje Babcie też wyglądają na zakochane w swojej dyrygentce. A i Tobie się dostało – cieszył się, że mam fajnego chłopaka. Ale zakręcony facet.

Przez najbliższy tydzień będziemy szlifować repertuar do konkursu, więc pewnie nic więcej nie napiszę. Gdybyś nie wyparował na tą swoją praktykę poza Unię, to bym zadzwoniła, a tak to kiszka – nie stać mnie na zagramaniczne pogaduchy.
Ściskam Cię jakniewiemco
Magda

Nagroda specjalna Marszałka Województwa Podlaskiego

 

Irena Słomińska z Białegostoku za wiersz Odliczanie

 

 

 

 

Odliczanie

Wciąż odliczasz dni, miesiące, lata.
Srebrzy się światło księżyca we włosach
i nie wiesz, kiedy pochwyciły srebro.
Kruszec wieku osiadł na skroni, mieni się
barwą minionych chwil. W twym odliczaniu
czasu ukrył się lęk: w końcu go zabraknie,
choć czas pokonał próbę życia, próbę ciebie.

I ciągle jeszcze jest próbą wewnętrznego
ognia.
Mówisz: rozsypało się życie na mgnienia.
Korozja ciała rozkrusza mnie. Ból
przeniknął przeżywanie. Wsparte przez
tabletki. I ręka pochwyciła laskę. Muszę
się nią wspierać.

A przecież twoje srebro pozostało cenne.
Przenika kurtynę czasu. Przeniknie też kurtynę
życia. Wierzysz, nie wierzysz. Szale wagi się chylą.
Co przeważy? Nowa, na nowo odkryta jakość
zaistnienia?

Mówisz: Bóg odlicza dni, miesiące, lata.
Na ścieżce odliczania mierzysz się ze swoim
Bogiem.

 Nagroda specjalna Polskiego Radia Białystok

 –

Natalia Lewczuk z Białegostoku za prozę Polinka

 

Polinka

Był 23 lutego 2022 r., godzina 7.00 rano. W pewnym jednorodzinnym domku, gdzieś na obrzeżach Kijowa, dziesięcioletnia Polinka leniwie przeciągała się, przecierając zaspane niebieskie oczka. Przez uchyloną roletę w oknie wdzierały się pierwsze promyki słońca. Gdyby dobrze się wsłuchać, można by było nawet usłyszeć pierwsze nieśmiałe wiosenne piski ptaszków. Polinka chciałaby jeszcze trochę pospać, ale nie miała wyjścia – mamusia w tej kwestii była wyjątkowo stanowcza. Nie mogła się przecież spóźnić do szkoły.

Po kilku minutach dziewczynka zdążyła się już rozbudzić. Z uśmiechem spakowała swój różowy plecaczek i zjadła puszyste naleśniki z czekoladą, które zrobiła jej mama. Gdyby nie ta brutalnie wczesna pora, Polinka zapewne skakałaby ze szczęścia. Już od kilku dni nie mogła doczekać się spotkania z Niną, Aloną i Sashą – jej najbliższymi przyjaciółmi. Nie widzieli się prawie dwa tygodnie, bo ze względu na kolejną falę pandemii COVID-19 w całej Ukrainie wprowadzono naukę zdalną. Podobno Alona dostała od wujka Ivana słodkiego szczeniaka rasy beagle! Tego dnia miał ją nawet odprowadzić do szkoły. Polinka bardzo chciała zobaczyć go w końcu na żywo. Zdjęć przecież nie dało się pogłaskać ani przytulić. Czym prędzej ucałowała mamusię na do widzenia, po czym dziarskim krokiem ruszyła w kierunku szkoły.

Sasha i Nina już na nią czekali. Po przybiciu sekretnego powitania cała trójka z utęsknieniem wyczekiwała Alony i jej czworonożnego przyjaciela. Kiedy nareszcie ujrzeli swoją przyjaciółkę trzymającą na rękach słodkiego szczeniaka, w jednej chwili ruszyli z piskiem w ich stronę, nie mogąc ukryć podekscytowania. Przytulasom i całusom nie było końca. Gdyby nie ten nieszczęsny dzwonek na lekcję, najchętniej wszyscy razem udaliby się do parku. Mimo wszystko nowy towarzysz Alony i tak był ich głównym tematem rozmów tego dnia. Na szczęście lekcje minęły dość szybko.

Kwadrans po 15.00 Polinka była już z powrotem w domu. Mamusia zadbała o to, by czekały na nią przepyszny obiadek i świeże kwiaty w wazonie. Polinka uwielbiała kwiaty! Cały pokój dziewczynki był nimi przystrojony. Wieczorem zdążyła jeszcze obejrzeć kolejny odcinek ulubionej bajki o księżniczkach, ułożyć puzzle i nawet przeczytać jeden rozdział z lektury szkolnej, bo Polinka nie z tych co to się uczyć nie chcą. O, nie, nie, nie. Ona uczyć się bardzo lubiła i pewnie też dzięki temu miała najlepsze oceny w całej klasie. Wszyscy nauczyciele mówili, że pewnie zostanie wybitnym lekarzem albo prawnikiem. Ciotka Anastasia widziała ją jako wielką panią inżynier, a dziadek Vasyl twierdził, że zostanie wybitną dyplomatką. Natomiast sama Polinka jeszcze nie wiedziała, kim chciałaby zostać. Miała przecież dopiero dziesięć lat. Po przeczytaniu książki dziewczynka chciała obejrzeć jeszcze jedną bajkę, lecz tym razem mama okazała się nieugięta. W końcu następnego dnia również trzeba było wstać wcześnie do szkoły. Tak więc niedługo po wieczornej kąpieli i obowiązkowym całusie na dobranoc od mamusi mała blondyneczka spała jak suseł w swoim łóżeczku.

Jej sen został jednak przerwany zdecydowanie za wcześnie. O 4.00 nad ranem w całej okolicy rozległ się głośny huk! Polinka przerażona pobiegła do pokoju rodziców. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę się wydarzyło. Tata Anton jako pierwszy włączył telefon i od razu zauważył napływ wiadomości oraz nowych powiadomień. „Wojna!” – rzuciło mu się w oczy. „Ale jak to wojna?! Że u nas? Że teraz?” – zastanawiał się w myślach, nie mogąc uwierzyć w to, co przeczytał. W końcu kto taki rozpętałby w XXI wieku, w Europie, pełnowymiarową wojnę? To musiała być jakaś pomyłka. Polinka wyjrzała przez okno i zauważyła nadjeżdżające czołgi. Ludzie w popłochu wybiegali z domów, szukając bezpiecznego schronienia. Nikt nie miał nawet czasu na uświadomienie sobie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Bo czas w tamtym momencie mógł być na wagę życia. Tata Anton zdążył tylko spakować dwa plecaki, po czym kazał Polince i jej rodzeństwu biegiem udać się do piwnicy – tylko tam byli względnie bezpieczni w razie bombardowania. Wszyscy razem siedzieli w niej przytuleni przez następne kilka godzin. Mama Swietłana cały czas starała się uspokoić młodszego brata Polinki, Siemiona. Chłopiec nie mógł przestać płakać. Nie rozumiał, dlaczego ktoś postanowił zacząć zrzucać bomby, wysadzać budynki i strzelać do niewinnych ludzi. Choć szczerze mówiąc, w tamtej chwili chyba nikt tego nie rozumiał.

Kiedy nastały godziny popołudniowe, tata Anton postanowił ewakuować całą swoją rodzinę w bezpieczne rejony Ukrainy. Ostrożnie wyszli z piwnicy i udali się pieszo w stronę dworca kolejowego. Po drodze mijali dziesiątki ciał – bez rąk, bez nóg albo bez obu kończyn. Czasem nawet bez głów… Część leżących na ziemi wydawała jeszcze ostatnie tchnienia. W pewnym momencie Polinka zamknęła swoje niebieskie oczka, nie mogąc znieść tego przerażającego widoku. Szła jednak dalej, nie zwalniając tempa – była przecież dzielną dziewczynką. W pewnym momencie na drogę wjechał rosyjski pojazd wojskowy. W tej samej chwili wybrzmiało pięć strzałów – po jednym dla każdego. Najpierw na ziemię osunęła się mama Swietłana, a zaraz po niej mały Siemion. Później upadły Polinka wraz z siostrą. Ostatni pocisk trafił prosto w głowę Antona. W taki oto sposób pięć kolejnych trupów usłało zlane krwią ulice Kijowa.

Był 23 lutego 2022 r., godzina 7.00 rano. Mała blondyneczka o imieniu Polinka właśnie się zbudziła. Tej nocy przyśnił jej się przeraźliwy koszmar. Od razu pobiegła opowiedzieć wszystko swojej mamusi.

– Ależ ty masz wyobraźnię, kochanie! – uśmiechnęła się tylko po wysłuchaniu dziewczynki. – Pakuj się lepiej do szkoły, zamiast tak fantazjować. Nie chcesz się przecież spóźnić – dodała już stanowczo, lecz wciąż nie mogąc ukryć rozbawienia całą sytuacją.

Tylko dzieci mogłyby wymyślić coś takiego. Przecież ta historia nigdy nie wydarzyłaby się naprawdę…

Nagroda specjalna Książnicy Podlaskiej im. Łukasza Górnickiego w Białymstoku

Barbara Górnicka-Naszkiewicz
Za wiersz haiku Wieczór

 

 

 

 

 

Wieczór

Nocy przybywa
Ziemia rosą oddycha
Czarny zimny kot

Zapraszamy do obejrzenia relacji filmowej z ósmej edycji konkursu literackiego SREBRO NIE ZŁOTO i pierwszej edycji Konkursu Poetyckiego im. Jana Leończuka podsumowano na specjalnej, podwójnej gali w Książnicy Podlaskiej 6 października 2022 r.

Fot. pixabay.com

 

Jolanta Falkowska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok