SYMBOL SIOŁA

Na Podlasiu… nie ma sioła…
W którym nie ma jego gniazda…
Ptak ten jego jest symbolem…
A to rzecz… niezwykle ważna!

Bo bociany… jak wiadomo…
Są nad wyraz pracowite…
Na dodatek mądre… wierne…
I się budzą wraz ze świtem!

Obserwuję je dość często…
Gdy po łące dumnie kroczą…
I jak swym czerwonym dziobem…
Patrząc w górę… coś klekocą!

Wieś z boćkami… wsią szczęśliwą…
Wsią wesołą… wsią radosną…
Szkoda… że dziś odleciały…
Lecz powrócą do nas wiosną!

Odleciały na południe…
Już zniknęły na tle nieba…
A ja patrzę wciąż za nimi…
Dzierżąc w dłoni… okruch chleba!

CHCIAŁBYM

Chciałbym wam przychylić nieba…
Wszystkim ludziom bez wyjątku…
Żadnych nacji nie pomijam…
Wciąż mam w głowie dość rozsądku!

Dobrze wiem co to… harmider…
Nawet w domu jest bałagan…
Tak przynajmniej mi się zdaje…
Bądźmy zatem cicho… błagam!

Już drabinę mam gotową…
Wspinam więc się dziarsko po niej…
Już się łapię za dach nieba…
I go ciągnę… aż twarz płonie!

Kiedy byłem tuż przy ziemi…
Ciesząc się ze swej czynności…
Usłyszałem gromkie głosy…
Aż kipiące od podłości!

A gdzie księżyc?… a gdzie gwiazdy?…
Słyszę głośne zawołania…
Pewnie zabrał wszystko sobie…
Przeszukajmy tego drania!…

Nie myślałem ani chwili…
Wypuściłem z rąk dach nieba…
Niebo znów jest na swym miejscu…
Jest po prostu tam… gdzie trzeba!

MIŁOŚĆ I RÓŻE

Miłość jest uczuciem pięknym…
Pięknym jak różane kwiaty…
Których kolor… kształt i zapach…
Jest w naturze przebogaty!

Przebogaty chociaż kruchy…
Co zjawiskiem jest normalnym…
Bowiem kwiaty przekwitają…
Ale w cyklu… odnawialnym!

A czy miłość się odnawia…
Jak wspomniane kwiaty róży?…
Wiem z autopsji… że dość rzadko…
A i szczęścia to nie wróży!

Pomijając te różnice…
Mają jedną wspólną cechę…
Obie piękne… kiedy kwitną…
Później są już… tylko echem!

KU JESIENI

Coraz bliżej ku jesieni…
Podsłuchałem mowę ptaków…
Trzeba zbierać się za morze…
Według wszelkich ziemskich znaków!

Dudki… wilgi… boćki czarne…
Choć przymrozków się nie boją…
Już zwołują swe sejmiki…
Zimą… ciepłe kraje wolą!

Jakiś smutek mnie ogarnia…
Kiedy patrzę na to wszystko…
Na te liście pod stopami…
Na kwitnący wrzos… na rżysko!

Nawet słońce jest już inne…
Jakieś takie… bardziej złote…
I nie grzeje już jak w sierpniu…
Czasem noszę już… kapotę!

Mgła nad łąką też śpi dłużej…
Później owszem… wolno znika…
To nie to… co letnim świtem…
Gdy ją budził śpiew słowika!

Tak niestety już być musi…
Czas się zbliża ku jesieni…
Chociaż wrzesień w kalendarzu…
Już zaczynam lato cenić!

JEST POLANA W MOIM LESIE

Tam gdzie kończy się dąbrowa…
Lecz tuż przed… lipowym lasem…
Jest polana jak marzenie…
Którą sam odwiedzam czasem!

Lubię ją… bo jest szczególna…
I nie łysa jak kolano…
Tym się różni też… od innych…
Gdzie ogniska rozpalano!…

Rosną na niej same krzewy…
Z owocami z górnej półki…
…Które są… przysmakiem ptaków…
I gryzoni jak… wiewiórki…

O jeleniach i sarenkach…
Nie wspominam bo i po co…
One mają tam stołówkę…
Często też…  koczują nocą!

Tam tarnina z mirabelką…
Rośnie w iście bratniej zgodzie…
A kaliny… bzy… trzmieliny…
W idealnej są symbiozie!

Mógłbym długo jeszcze pisać…
O tych skarbach tam rosnących…
Lecz powiecie… że się chwalę…
Wiec już kończę… bom wierzący!

Wiesław Lickiewicz