SZKODA LATA

Po wiośnie… zostały wspomnienia…
Dziś lato… żegna się z nami…
A jesień?… Wiem… że już przyszła…
I pcha się… oknami i drzwiami!

Od jutra… władzę obejmie…
Aż strach pomyśleć… co będzie!
Bociany… już odleciały…
Radzą też o czymś… łabędzie!

A o żurawiach… kochani!
Nie chcę już nawet… wspominać!
Ich klangor… ciągle brzmi w uszach…
Jak mam do wiosny… wytrzymać?

Już tylko… liście z drzew naszych…
Radują wciąż… moje oczy…
Choć pewnie… wiedzą też dobrze…
Że jesień… jutro już wkroczy!

Wspomniałem o tym… co widać!
Czego nie widać… już wiecie?
Jeśli nie! Spójrzcie w  kalendarz!
I z łezką… pomyślcie o lecie!

JESIEŃ PANIE…

Jesień panie… całą gębą!…
Mówi sąsiad… do sąsiada…
Tak zagaił… grabiąc liście…
Które już zaczęły spadać.

Czy to trochę… nie za wcześnie?
Odpowiedział… sobie sam!
Lato wczoraj się skończyło…
A już liści… worek mam!

Ten zza płotu… mu przytaknął…
Klnąc siarczyście przy okazji…
Kiedyś choć… owoce były…
Puścił wodze… wyobraźni…

Jeśli chodzi… ci o jabłka…
Zapytuje… retorycznie…
To w marketach… skolko choczesz…
Ale! Czy to jest… logiczne!

U nich gdzieś tam hen… w Europie…
Jest wszystkiego… pod dostatkiem…
A tu u nas… proszę ciebie…
Może lepiej… zróbmy składkę…

A co dalej… pewnie wiecie…
Żaden z nich… nie widział mnie.
Nie! Nie chciałem się dołączyć…
Dobrze to?… Czy może źle?

Ale jedno wiem… najlepiej…
I chcę z wami być dziś… szczery…
Jedna flaszka… druga flaszka…
Nie! Nie ze mną te numery!

OJ TY BRZOZO!

Oj ty brzozo! Moja panno!
Delikatna jak… mgła wiosną…
W swojej bieli… nieskalanej…
Zawsze witam cię… z radością!

Nie! Nie ukrywam nic przed tobą!
Tyś na wskroś… cudownym drzewem…
Takim co to… twoja dusza…
Nigdy nie… kipiała gniewem!

Wręcz przeciwnie… uspokajasz…
Kiedy się do ciebie… tulę…
Pozytywnie… na mnie działasz!
Za to! Bardzo ci… dziękuję!

Muszę wspomnieć… o twych listkach…
Jakże mógłbym… je pominąć!
Jasna zieleń… i kształt serca
Są dla oczu… cechą miłą!

Nic tu dodać! Nic tu ująć!
Jesteś drzewem… nad drzewami…
Piękna moja… biała brzozo!
Tyś prawdziwa… leśna pani!

AŻ SIĘ GOTUJE…

Aż się w żyłach… krew gotuje…
Kiedy patrzę… na to wszystko!
Miesiąc temu… rosło zboże…
Dziś w tym miejscu… wstrętne rżysko!

Rżysko?… To za dużo powiedziane…
W miejscu tym już… rosną chwasty!
Od przytulin… gwiazdnic… fiołków…
Po pokrzywy… chabry… astry!

O budziszku… mleczu… rdeście…
Nie wspominam… bo i po co!
Wszyscy wiedzą… że tam rośnie…
Nie wyplenił nikt go… nocą!

Czy ktoś pole to… zaorze?
I zasieje… oziminą?
Bardzo wątpię… moi drodzy!
Nie! Nie piszę tego… z kpiną!

Kpina nic tu… nie pomoże!
Czy krytyka… poskutkuje?
Wierszem też nic… nie zaorzesz!
Aż się w żyłach… krew gotuje!

Wiesław Lickiewicz