Ławeczki przy płotach czy domach od ulicy były powszechnym widokiem na polskich wioskach na Podlasiu. Gdzieniegdzie ów zanikający zwyczaj zachował się do dzisiaj. Wiejskie tradycje zmieniają się tak jak wszystko inne. Starzy umierają, młodsi wyjeżdżają, a pozostali zwyczajnie zaniechali tych sąsiedzkich przedwieczornych pogaduszek. A szkoda.

Trzy kobiety w różnym wieku, w rozmaitych ubiorach, siedzą  na ławce pod starym wiejskim płotem, fot. z rodzinnego zbioru autorki

W okresie mojego dzieciństwa ławeczki przy każdym prawie płocie były nie tylko elementem wiejskiego krajobrazu, ale niemałym wycinkiem życia społecznego tutejszych ludzi. Wszystkie były drewniane. Zdarzały się dłuższe i krótsze, wyższe i niższe, z oparciem i bez. Prowizoryczne, z nieobrobionych desek opartych na pieńkach, aż po wyroby rzemieślnicze, w większości pomalowane lakierem lub farbą olejną. Za dnia przesiadywali na nich pojedynczo staruszkowie, którzy nie mieli już sił na pracę w gospodarstwie, a chętnie wygrzewali się na słońcu. Niejako na zapas, na czas niedogrzania w czasie zimy. 

Późnym popołudniem i pod wieczór na ławeczki ściągał, kto tylko żyw. Głównie spracowane kobiety, które zdążyły ogarnąć wszystko po kolacji. Dzieciarnia biegała gdzieś w pobliżu, a kumoszki znosiły wieści zasłyszane w ciągu dnia. Jedna była w Brańsku na targu, druga u lekarza w Bielsku, inna w Łubinie w kościele czy na cmentarzu, kolejna u rodziny w innej miejscowości. A każda nowinka była w tych pogaduszkach rozebrana na czynniki pierwsze. Świętości nie było, komentarzy za to wiele. Czasem ze sobą zgodnych, co określano mianem „trąbienia w jedną trąbkę”. Innym razem odmienne zdania prowadziły do przekrzykiwania się i sprzeczek. Najważniejsze, że tematów do rozmów nigdy nie brakowało. A że były to czasem zwykłe plotki? Przejmować się tym należało dopiero wówczas, gdy zniesławiona osoba przychodziła z pretensjami. Ale i wtedy każdy wybielał siebie, zrzucając winę na oponenta w dyskusji. Jednak większe gniewy powstawały rzadko. 

Czworo ludzi – dwie kobiety i dwóch mężczyzn – na wiejskiej ławeczce przed zmierzchem, fot. z rodzinnego zbioru autorki

Sąsiedzkie ławeczki przez wiele dziesięcioleci były świadkami ale i kreatorami życia towarzyskiego na wsi. Wokół nich kręciły się małe dzieciaki, do kobiet dołączali czasem mężowie, chwilami też i młodzież. Z biegiem czasu każdy przechodzący ulicą musiał przystanąć, oprzeć się o płot i pogadać z siedzącymi. Zapraszano go do spoczęcia, a jeśli już miejsca nie było, dostawiano stołki, taborety, krzesełka. Czasem ktoś przycupnął na pieńku po ściętym drzewie, przysiadł na żerdzi, czy po prostu przykucnął lub usiadł na trawie. Żądza zasięgnięcia języka w sprawie najnowszych wieści z okolicy nie miała wszak swojej ceny. 

Sama wielokrotnie byłam uczestniczką takich ławeczkowych posiedzeń. Najpierw jako młoda dziewczyna współuczestniczyłam w życiu mojej wsi. Jako studentka, a później już pracując, część każdego lata spędzałam w tym miejscu. Co się tu nasłuchałam, ile poznałam ludzkich historii, nauczyłam się wczuwać w mentalność mieszkańców wsi, tego nie przeczytałabym w żadnej z książek. Bo to kopalnia wiedzy i ludowej mądrości, znajomości ludzkich losów oraz gejzer najrozmaitszych uczuć. Pamiętam tak upalne lato, że w dzień przed żarem kryliśmy się w domach. Dopiero późnym wieczorem właśnie u nas na ławce i wokół niej gromadzili się ludzie w każdym wieku. Przychodzili letnicy, sąsiedzi, a nawet rzadko widywani mieszkańcy z drugiego końca wioski. Wspominali różne wiejskie zdarzenia, własne przygody i perypetie, żartowali sobie z nieobecnych. Dopiero wtedy było nieco chłodniej i dało się oddychać. Sierpniowe niebo było pełne meteorytów. Atmosfera nie do odtworzenia. W tak dużym gronie spotykaliśmy się przez cały czas tych straszliwych upałów, aż powstał codzienny rytuał. Rozchodziliśmy się długo po północy. Żal mi było wyjeżdżać po urlopie.

Para młodych ludzi całujących się na ławce w nocy. Zdjęcie czarno-białe, fot..pixabay.com

Na co dzień późnymi wieczorami – oddzielnie od dorosłych – z ławeczek korzystała również młodzież. Przybywali wtedy chłopcy z okolicznych wiosek, a czasem nawet z pobliskich miasteczek. Z bliższych miejscowości przyjeżdżali rowerami, zaś ci z Brańska czy Bielska jakimiś starymi samochodami, kupionymi „za grosze”. Na ławeczkowe zgromadzenie ktoś przynosił radioodbiornik tranzystorowy i włączał muzykę. Hitem były wtedy przeboje zespołu ABBA. Inni opowiadali dowcipy, wszyscy śmiali się i dokazywali. Bardzo rzadko, po cichu, co poniektórzy spożywali alkohol – tanie wino lub piwo. Czasem z okna wychylał się któryś z rodziców i uciszał hałasy i harce albo nawoływał do zakończenia spotkania ze względu na późną porę. Inną okazją do korzystania z ławek były przerwy na kolację dla orkiestry podczas zabaw tanecznych. Bez muzyki i tańca młodzież nie miała co ze sobą począć. Ci, co nie raczyli się alkoholem w bufecie, szli na spacery i trafiali na przyuliczne siedziska. Często można było tam dojrzeć ściskające się i całujące pary.

Znanymi bywalczyniami przydomowych ławek były młode matki. Te przesiadywały przede wszystkim za dnia. Nawet do mojej rodzicielki, starszej kobiety, chętnie przychodziły z dziećmi w wózeczkach. Pobyt na świeżym powietrzu służył maluszkom, a kobiety rajcowały w najlepsze. Zupełnie zacierały się różnice pokoleń. Ławka łączyła, a czas szybko upływał. Tego potrzebowały obie strony. Moja mama uwielbiała, kiedy zbierało się jak najwięcej osób. Przywoływała każdego przechodnia. Bardzo lubiła gościć tak sąsiadów, jak i osoby przyjezdne, przebywające tutaj na urlopach. Do jej szczególnych ulubienic należały pani Wanda z Oświęcimia oraz nieżyjąca już ciotka Baśka z Warszawy. Ich obecność jakby nobilitowała całe zgromadzenie. 

Dwie kobiety  siedzą na ławce. Obok stoi wózek dziecięcy i roczna dziewczynka. Na pierwszym planie widoczna częściowo także trzecia postać trzymająca na kolanach dziecko, fot. ze zbiorów rodzinnych autorki

W mojej rodzinnej wsi też już nie ma ani ławeczek przy drodze, ani przesiadujących na nich ludzi. Z każdym rokiem, gdy przyjeżdżam tutaj na lato, nie zastaję już kolejnych mieszkańców. W tym roku zabrakło dwóch najbliższych sąsiadów. Odeszli na zawsze…Coraz rzadziej słyszy się wyrażenia gwarowe, widzi podtrzymywanie tradycji, czy też dbałość o utrwalenie niepowtarzalności wiejskiego klimatu. Dzisiejsi mieszkańcy wsi też podążają za duchem czasu. Kupują zupełnie inne meble ogrodowe, te z tworzyw sztucznych. Czasem zdarzy się ławka, ale już kupiona jako wyrób rzemieślniczy. Zwykle jest przenośna i można ją ulokować dowolnie. Kupiłam i ja taką swojej mamie jeszcze za jej życia, choć już niewiele z niej korzystała. My, goszcząc na wsi, wystawiamy ją latem, ale już nie przy ulicy. No i zasiadają na niej prawie wyłącznie sami swoi. Tymczasem w mojej głowie wciąż snuje się nić pamięci o minionym oraz żal, że i tutaj wszystkim zawładnęła nowoczesność.

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok