Zanurzam się coraz głębiej

Biegnę. Coraz szybciej przedzieram się przez gęste mokradła. Jeszcze tylko chwila i  będzie po wszystkim. Uwolnię się. Tylko tego pragnę.

Mrok zdaje się wylewać z każdej strony. Przyciąga mnie. Kusi. Zanurzam się w nim coraz głębiej. Zaciera się granica pomiędzy moim ciałem a bagnistą roślinnością. Staję się nią. Jedynym obserwatorem zdaje się być księżyc w pełni. Ale ja nie spoglądam w jego stronę. Nie chcę, by dostrzegł obrzydliwe sine plamy pokrywające moją twarz jak płótno, którego nie jestem właścicielką.

Posuwam się coraz dalej. Co raz potykam się o wystające ze spulchnionej ziemi konary. Podtapiam się. Duszno mi. Wszystkie drzewa zdają się bacznie obserwować każdy mój ruch. Ciekawi mnie co myślą, czy mnie widzą, czy tylko patrzą w moją stronę. Ale tego już się nie dowiem…

Otchłań. Przyjemnie się w niej zanurzam. Dryfuję, a wodna roślinność przyjemnie oplata moje obolałe ciało. Zieleń zdaje się oblepiać każdy skrawek skóry, każdą bliznę, każde sine miejsce. Lilie muskają włosy, a księżyc świeci jakoś jaśniej. Cicho szepcze, nuci kołysankę, jakby chciał utulić do snu. Tego upragnionego.

Po latach cierpienia staję w świetle. Pozwalam się zobaczyć, niczego nie ukrywając. To moje osobiste zakończenie tej walki, bezcelowej gry pozorów.

Nie mam siły uciekać. Już nie…

Biorę ten ostatni wdech. Ten wymarzony oddech wolności. Pozwalam sobie w pełni go poczuć, doświadczyć. Uśmiecham się. A potem delikatnie przymykam powieki i pozwalam się ponieść mokradłom.

Maria Markowska
dziennikarka – juniorka
Podlaska Redakcja Seniora Białystok