Na naszym portalu rozpoczynamy publikowanie wspomnienia Karola Olendra -wieloletniego reportera Telewizji Polskiej w Białymstoku. Pracował w telewizji praktycznie od momentu jej powstania w latach 50-tych ubiegłego wieku, najpierw w Lublinie, następnie w Opolu, a od 1976 roku w Białymstoku. Zapiski te pełne są ciekawych historii, anegdot, a nawet ploteczek ze środowiska pracowników telewizji. Napisane barwnym gawędziarskim językiem na pewno zainteresują czytelników podlaskisenior.pl. Wspomnienia nieżyjącego już od kilku lat Karola Olendra są fragmentami jego niewydanej książki pod tytułem „Wspomnienia reportera filmowego telewizji” a poszczególne odcinki wspomnień opracowała nasza redakcyjna koleżanka – Elżbieta Marek.

Karol Olender z kamerą w Lublinie

Pojawił się szklany ekranik

Pierwszy raz w życiu zobaczyłem program telewizyjny w Warszawie w Domu Dziennikarza przy ulicy Foksal. Był to chyba rok 1957. W zadymionej salce wokół malutkiej drewnianej skrzynki z niewielkim szklanym owalnym ekranikiem siedziało w skupieniu kilkanaście osób. „Zaraz będą nadawać” – ktoś szeptem pocieszał zebranych. 

W „lufciku” niezbyt wyraźnie majaczył szary obrazek warszawskiej syrenki, falujący i migający. Po dłuższej chwili pojawił się jakiś mężczyzna i zapowiedział program. Na tle zamglonych czarno-białych dekoracji teatralnych aktorzy recytowali jakieś wiersze. Dźwięk, podobnie jak i obraz, był tak samo niedoskonały. Po chwili ekran zaczął znów migać i obrazek zanikł. Ktoś podszedł do odbiorniczka i poprawiał kable anteny. Zniecierpliwiony stuknął dosyć energicznie dłonią w drewniane pudełko i odbiór znów był znośny. Była to jedna z pierwszych prób nadawania programu telewizyjnego z wieżowca na placu Powstańców Warszawy z eksperymentalnego jeszcze wówczas studia. 

Telewizja w… Lublinie

Pracowałem wówczas w redakcji Kuriera Lubelskiego, gdzie byłem dziennikarzem, grafikiem i fotoreporterem w jednej osobie. Dowiedziałem się przypadkowo, że jeden z inżynierów telekomunikacji zbudował na dachu swego domu wielką antenę i na zmontowanym własnoręcznie telewizorze odbiera program bezpośrednio z Warszawy. Zaraz tam pojechałem. I rzeczywiście – była antena na dachu, a na stole stało coś, co miało odgrywać rolę telewizora. Wśród kłębków kabli, lamp i kondensatorów świeciła migająca okrągła szklana bańka z ekranikiem, chyba wymontowana z jakiegoś urządzenia oscyloskopowego używanego w centrali telefonicznej, gdzie pracował pionier lubelskiej telewizji. 

Coś tam majaczyło, przez krótkie chwile widać było znów warszawską syrenkę i fragmenty jakiegoś obrazu ze studia. Odbiór był jednak dalece niedoskonały… Ale jednak był! Do Lublina dotarła więc też telewizja! 

To mi zupełnie wystarczyło. Zrobiłem kilka zdjęć i szybko pobiegłem do redakcji. „Mam bombę!” – krzyknąłem zadyszany przez uchylone drzwi pokoju redaktora naczelnego. „Co tam masz, jaką bombę, mów.” – Odezwał się szef zza swojego biurka. „Mamy telewizję w Lublinie!” – Zdążyłem tylko wykrztusić. Wywołałem zdjęcia i zaraz napisałem dłuższą informację. „Mamy na jutro czołówkę na pierwszą stronę. No, niezła wiadomość, oryginalna…” – pochwalił naczelny. Rzeczywiście, następnego dnia z satysfakcją ujrzałem podpisaną moim nazwiskiem dłuższą czołówkę ilustrowaną kilkoma zdjęciami i złożonym „wołowymi” czcionkami tytułem: TELEWIZJA w LUBLINIE.

I tak to się zaczęła dłuższa, jak się wkrótce okazało, bo trwająca aż 40 lat, moja życiowa przygoda z telewizją. W Kurierze Lubelskim byłem dziennikarzem, grafikiem i fotoreporterem. Redagowałem w niedzielnym numerze kolumnę satyryczną „Wesoły Kurierek” z moimi rysuneczkami. Była to w moim dziennikarskim życiu pierwsza „prawdziwa” redakcja.

(grafika i foto; z archiwum autora)

Opr. Elżbieta Marek
Podlaska Redakcja Seniora Białystok