* * *

Rano codziennie od nowa
w przebudzeniu się rodzę
w dzień rosnę dojrzewam
południem rozkwitam
więdnę powoli wieczorem
nocą całkiem usycham
aby umierać przed świtem

skazana na ileś odrodzeń
nieśmiało otwieram oczy
na słońce deszcz i na wiatr
na wszystko co spotkam po drodze
na taki jaki jest świat

na szarość bezdenną za oknem
na mgły jak brudna wata
albo na promień słońca
sączący się zza firanek
w pogodny ranek

i już wiem że po nocy
dla tego jednego poranka
kiedy znów się obudzę
warto otworzyć oczy
by śpiewać tańczyć i mówić
dziękuję
dziękuję
dziękuję!

Matka kaleki

Dźwiga ten słodki garb –
brzemię ułomności swojego dziecka
ale dla niej to beczka miodu
przyprawiona zaledwie
łyżeczką dziegciu

ktoś podsypał miarkę goryczy
lecz ona
prawie jej nie odczuwa
nie liczy

bo to jej najcenniejszy skarb
i najdoskonalsza miłość
co pięknem urzeka

jak ta boska
względem ułomnego grzesznika
która garbu nie widzi
tylko człowieka!

Nienarodzonym
Tym, co nie dowiedzą się, jak to jest,
że można pisać  wiersze…

Błogosławieni
nie urodzeni
i bez wątpliwych szans
na zaistnienie

spokojny ich wzrok
bo nigdy nie dostrzeże
okrutnych widoków –
niewiniątek rzezi
błyskawicy spojrzeń
jak rozżarzonym prętem
wypalają znamię nienawiści
ale i sami
także gromami
nie będą ciskać

obcy będzie im dźwięk
wystrzelanych rakiet
i krzyk matek
błagających o litość dla swych dzieci
ale i sami
w konwulsjach nie będą jęczeć

i nigdy nie pozostaną
niecnych czynów wylęknionymi świadkami
którym strach knebluje usta
na wieczność
ale i sami zbrodni nie popełnią
na pewno

nigdy nie doznają
upokorzeń
zazdrości
obłudy
lecz i sami jako ich obiekt
nie posłużą

pozostaną na zawsze
potencjalni
antycypowani
kreowani na takich
co mieli wszystko zmienić

tylko…
nie dano im szansy!

Agnieszce F. –  Matce
***

Widziałam
ból młodej matki tak wielki
że przerósł lament
wszelki płacz łkanie
jęk rwanie włosów z głowy
bełkot bez sensu

jej rozpacz była najstraszniejsza!

patrzyłam
na maskę twarzy
bez żadnego wyrazu
niczym rzeźbioną z alabastru
oczy puste
jakby w miejsce żywych
wstawiono sztuczne
i te ruchy niemrawego robota
kroczącego jak na sprężynach
za trumną syna…

kwiat
któremu łodygę przecięto
nim się zdążył rozwinąć
kilkanaście lat temu zaledwie
wydany z jej łona
dziś – w trumnie niesiony
przez kolegów młodzieńców
w niewiadome odmęty

patrzyłam na ciebie matko
w niemym zdumieniu
jakbyś wcale nie była
główną tragiczną bohaterką
okrutnych zdarzeń
tego ponurego przedstawienia
(choć na tym pogrzebie
płakali wszyscy
co potrafią płakać)

i tylko kiedy kapłan kończył
ceremonię pogrzebową
a trumnę
zaczęto opuszczać do grobu
ty osunęłaś się cicho
(to inni narobili krzyku)

odeszłaś – gdzie?
sama nie wiesz
ten ból był silniejszy od ciebie

szybko ułożyli cię na murawie
podążyli z medykamentami
zrobili wszystko
by przywrócić cię do życia
na przekór tobie
choć twoje serce
nie chciało wracać pewnie

długo pozostawałaś
w tym omdleniu
a matka – ziemia
ból przyjęła
w niemym zrozumieniu

kapłan kończył obrządek
młodzież układała kwiatów kopiec
i na swój sposób żegnała
jednego spośród siebie

pozostali żałobnicy
patrzyli już tylko na ciebie
i łkali głośno
bo łez nikt nie usiłował kryć
kiedy najbardziej żałowano tej
która musi żyć…

20 lipca 2002

Ten ostatni przystanek…

I przyjdzie wysiąść
na przypadkowym przystanku życia
w najlepszym razie
na przedostatnim…

nie umiera się na koniec
lub przynajmniej
na żądanie
zawsze
odchodzi się przed czasem

i pozostaną
słowa niewypowiedziane
fotografie niewywołane
dzieła niedokończone
miłość nie okazana
dług niespłacony
sprawa nie załatwiona
lekcja nie odrobiona…

choć TAM
egzaminy z czego innego
– z tej miłości
proste…

ale czy wystarczy
gdy postawią na wadze?

tymczasem
dzień za dniem
nie pamiętamy
że…
odchodzi się zazwyczaj
gdzieś tak w środku życia

hm! śmierć…
i tylko szkoda
że ten kres
to już ani przed siebie
ani wstecz

a tu zawsze pozostanie nienapisany
ten ostatni wiersz…

Jadwiga Zgliszewska
Podlaska Redakcja Seniora Białystok